Amatorsko o lęku separacyjnym u 2-latki

Od pewnego czasu przymierzałam się do napisania kilku zdań na temat lęku separacyjnego u dziecka. Konkretnie – u mojego dziecka: 20-miesięcznej przekochanej córki.

Zaczęło się dość niespodziewanie. Dotąd wszędobylska, wiecznie uśmiechnięta i nikogo ani niczego nie bojąca się córka, zapragnęła, abym każdą chwilę spędzała co najmniej w zasięgu jej wzroku.  Po kilku dniach stwierdziła, że lepiej będzie, aby to ona każdą chwilę spędzała na mnie. Do tego doszedł czujny, niespokojny sen. W praktyce oznaczało to, że:mama przytula dziecko

  • kiedy brałam prysznic, kładła się na leżaczku w łazience,
  • kiedy zmywałam gary, Minia siedziała na moich stopach,
  • kiedy szykowałam ją do spania, gramoliła się na mój brzuch,
  • kiedy szyłam, tuliła się do mnie w onbu na plecach (i tak zasypiała!),
  • kiedy korzystałam z toalety… siedziała mi na kolanach.

Przemieszczenie się, choćby bezszelestne, z pola widzenia córki, groziło płaczem, krzykiem, zawodzeniem, histerią, włącznie z naprężeniem ciała i wymiotami (raz się zdarzyły i równie dobrze mogły wiązać się z utknięciem kawałka kolacji w przełyku).

Zaczęłam zastanawiać się, co mogło wywołać tą nagłą potrzebę bezkompromisowej współobecności. Czy zdarzyło mi się w pośpiechu wyjść z domu bez pożegnania z Minią? Nie przypominam sobie takiej sytuacji. Czy to, że dużo czasu spędza z babcią mogło spowodować, że stęskniła się za mną? Mało prawdopodobne . Z babcią spędza czasu dużo, widują się regularnie praktycznie 5 dni w tygodniu, odkąd wróciłam do pracy, tj. od 6 miesiąca życia Minii. Właściwie to babcia była jedyną osobą, z którą Minia zostawała bez płaczu, gdy co rano wychodziłam do biura.

Nie pomagało tłumaczenie leżącej Minii, że wychodzę z sypialni tylko do toalety, że umyję jeszcze jeden talerzyk i wezmę ją na ręce, że wrócę zanim zdąży pójść do kąpieli. Wszystko w mojej głowie krzyczało: „lęk separacyjny!”.

W czasie dwóch tygodni z toalety korzystałam sama tylko wtedy, gdy byłam poza domem. Zmywałam po 21 albo 22, kiedy Minia zasnęła snem głębokim. Zaczęłam budzić się o 5:30 tylko po to, żeby wykraść z dnia kwadrans na spokojną lekturą albo samotny prysznic.

Zanim przeczytałam, jakie rady zalecają specjaliści, postanowiłam wsłuchać się w potrzeby córki i dać jej tyle siebie, ile potrzebuje i ile maksymalnie mogę wyłuskać. Większość czynności dnia codziennego wykonywałam z córką w „plecaku” (onbu), co dawało jej poczucie bezpieczeństwa, a mnie błogosławieństwo możliwości używania obydwu rąk do gotowania, prasowania, rozwieszania prania, ścielenia łóżka.

Zdarzały się też sytuacje, w których wystarczające było angażowanie dziecka w wykonywanie konkretnych czynności, np. podczas mycia zębów córka dostawała swoja szczotkę z pastą. Podczas pomagania przy odrabianiu lekcji starszej córce, młodsza siedząc mi na kolanach rysowała ołówkiem po kartce papieru.

Najczęściej jednak dawałam córce bliskość fizyczną. Przytulałyśmy się  z Minią, gdy miałam ją na rękach, gdy kładła się na moich kolanach, gdy wtulała się w moją szyję. Głaskałam ją po głowie i masowałam po plecach, gdy zasypiała.

Po kilku tygodniach – równie nagle, jak się pojawił – lęk separacyjny znikł. Poszłam kłaść Minię do spania, a ona tup tup tup do swojego łóżeczka, wzięła Dołpika pod pachę, butelkę z mlekiem włożyła do buzi i zasnęła. Tak jak wcześniej. Tak jak zwykle. Tak jak prawie zawsze. Gdy mnie nie było w pokoju.

Choć może wydawać się, że lęk separacyjny to dla rodzica okres udręki i męczarni, dla mnie był jednym z najlepszych okresów spędzonych z córką. Byłyśmy sobie absolutnie bliskie, fizycznie i psychicznie. Wsłuchiwałam się w pragnienia maleństwa i okazało się nieraz, że to są moje potrzeby. Dzięki szczerości, jaka płynęła z mojego wnętrza w kierunki córki, te 2 tygodnie nie wykończyły mnie, nie denerwowały, nie frustrowały. Nie wiedziałam, jak długo taki stan u dziecka może trwać, jednak nie wypatrywałam końca z niecierpliwością. Poddałam się zwyczajne chwili.

Ostatniego dnia, na potrzeby dzisiejszego pisania, sięgnęłam do encyklopedii (czyli Internetu).

Lęk separacyjny u dzieci może pojawić się już w 8. miesiącu. W tym okresie dziecko odkrywa, że nie jest odrębną jednostką i nie jest zrośnięte z mamą. Lęk jest częściej spotykany między 1. a 2. rokiem życia i jest naturalnym etapem rozwoju. Może być powiązany ze zmianami w otoczeniu, powrotem mamy do pracy, nową nianią, żłobkiem, czyimś zniknięciem. U niektórych dzieci może być wyrazisty, intensywny i długotrwały, u innych może przemknąć ledwo zauważalnie.

Znawcy tematu wymieniają kilka sprawdzonych sposobów postępowania, gdy dziecko zaczyna manifestować lęk przed rozstaniem z najbliższą mu osobą. Jednym z nich jest informowanie dziecka przed wyjściem z domu o tym, co zamierza się zrobić i nie wymykanie się niepostrzeżenie. Dobrze jest zaplanować pożegnanie i ubrać je w rytuał, np. buziak w czółko na do widzenia, a do tego warto dodać machanie przez okno. Jeśli dziecko zostaje poza domem, ważne jest by miało ze sobą osobisty przedmiot – może to być ulubiony kocyk, lala czy maskotka. Innym sposobem jest planowe oswajanie dziecka z różnymi osobami – babcią czy nianią – co ma ułatwić mu rozstanie z najbliższą osobą.

Korelując własne doświadczenia z teorią mogę podsumować, że kluczowym sposobem radzenia sobie z lękiem separacyjnym jest akceptacja tego uczucia u dziecka i autentyczne podejście do możliwych rozwiązań.

Wszystkim rodzicom życzę świadomej wytrwałości.

Follow Darina Makiewicz-Asiedu:

Z wykształcenia - socjolog, z doświadczenia - bankowiec, z miłości - mama dwóch córek, które każdego dnia uczą mnie jak nie zwariować.